Była chęć by zrobić coś fajnego ,a nie łazić po tym mokrym śniegu, wybór padł na Mnicha. Droga przez płytę w lecie nie specjalnie trudna, w tych warunkach mogła być ciekawa i taka była. Po szybkiej jeździe i marszu asfaltem ,dochodzimy do moka ,gdzie spotykamy Kefira, który od kilu dniu upija się w schronach. Już w 4 idziemy ceprostradą by po 1h być przy szlakowskazie. Podchodzimy w stronę mnichowych pleców. Między Mniszkiem ,a Mnichem ubieramy szpej i po bożemu idziemy już we 3 trawersem w stronę płyty. Trawers nie trudny ,ale warunki śniegowe fatalne. Lód pokryty cieńką warstwę śniegu wysuwającego się z pod nóg. Michał prowadzi i zakłada przeloty. Pierwszy etap za nami. Płyta w kilku miejscach jest w śniegu to i chwilami czekan się przydaje. Michał znowu prowadzi , drugi idę ja , potem Marcin. Po przejściu płyty jeszcze tylko zabawa czekanem by wejść na wierzchołek, wpięcie do punktu asekuracyjnego i można stanąć jak człowiek. Widoki super, pogodę mieliśmy idealną. Lekki wiaterek i bezchmurne niebo. Po ponad godzinie na szczycie, dwa zjazdy i jesteśmy przy plecakach w dobrych nastrojach. Piwko na powrocie i kolejne debaty na temat tras umilały asfalt. Wycieczka na mega plus.
Poniżej kilka zdjęć z innej perspektywy autorstwa Kefira.




















